Siostra Wiola o sobie

Kocham Boga, On JEST moją PASJĄ. Ciągle odkrywam Go jako OBECNOŚĆ i z Tej OBECNOŚCI czerpię siły do wszystkiego, szczególnie do znoszenia samej siebie, swoich słabości, z których największą jest chyba moja upartość. Jestem otwarta,spontaniczna i lubię nowe wezwania, włóczęgostwo po górach i oczywiście od dzieciństwa – konie! Drugi człowiek to dla mnie dar i zadanie.

Ulubiony cytat z Pisma Świętego

Każde Słowo jest tym ulubionym, szczególnie gdy się na nie czeka dłuższy czas, gdy tęsknisz za Słowem, pragniesz Go jak “zeschła ziemia”, gdy Go oczekujesz, i wtedy JEST, masz pewność, że to właśnie to SŁOWO do ciebie, na ten czas, na tą chwilę. I właśnie dlatego bliskie jest mi Słowo z Pieśni nad pieśniami: “Powstań, Przyjaciółko ma” oraz z Listu do Efezjan: “Z miłości przeznaczył nas dla Siebie”

Ulubiona potrawa

Jest ich bardzo dużo. Uważam, że każda potrawa ma w sobie “coś”, a to “coś” jest związane z osobą, która ją przygotowuje, która ją wymyśliła lub podaje. Pochodzę ze wschodniej Polski, dlatego potrawy z tamtych stron są mi bardzo bliskie. Pamiętam niezapomniany smak czerwonego barszczu mojej śp. babci Władzi, jej sernik i szarlotkę oraz smażone pierogi z jagodami; pomidorówkę z własnoręcznie robionym makaronem mojej drugiej śp. babci Jadzi; pyzy, przeróżne pierogi i rybę po grecku mojej mamy; wędliny robione przez tatę.    

Natomiast w zgromadzeniu mam możliwość poznania różnych potraw, z różnych zakątków naszej Ojczyzny (a nawet świata) skąd pochodzą moje siostry, to jest wielkie bogactwo.     

Tak więc lubię:

  • pierogi ruskie s. Anety
  • rosół s. Teresy
  • pizzę zrobioną przez s. Agnieszkę
  • risotto s. Marii
  • lasagne s. Kingi
  • zapiekankę śp. s. Teodory
  • niedzielne dufinki s. Marty
  • modrą kapustę i zrazy naszej Ślązaczki s. Elżbiety
  • ciasta s. Bogusi
  • ciasto “cappuccino” zrobione przez s. Ewę

I wiele innych potraw moich Sióstr, a czasami po prostu wspólnie wypitą herbatę lub kawę.

Ulubione zajęcie w wolnym czasie

Tego wolnego czasu nie ma za wiele, ale łapię chwile i najchętniej spędzam je po prostu z ludźmi, na rozmowach, z moimi siostrami, na wspólnym spacerze, na przejażdżce rowerowej. Czasami jest samotny dłuuugi spacer w niedzielę, dobra książka lub muzyka (przeróżna)

Bliski święty

Zachwyca mnie ciągle na nowo nasz Dobry Ojciec, sługa Boży, ks. Piotr Benvenu Noailles – Założyciel, ufam, że będzie ogłoszony błogosławionym i świętym.

Bardzo bliski jest mi o. Pio. Jako młoda dziewczyna przeczytałam jego biografię. “Przeżyliśmy razem” kilka różnych sytuacji. Wiele razy doświadczyłam jego opieki i wstawiennictwa, więc jest bardzo bliski.

“Wpadka” w klasztorze

Takich wpadek było trochę. Niektóre do dzisiaj wywołują uśmiech na twarzy i duże rumieńce, a niektóre przeszły do zakonnych anegdot.

Pamiętam, że na początku życia zakonnego bardzo przeżywałam każdą spowiedź, zresztą  do dzisiaj towarzyszą temu wydarzeniu różne emocje.

Po rocznej formacji w postulacie przeszłam do nowicjatu, a to związane było ze zmianą wspólnoty, spowiednika, wszystkiego. Przyszedł dzień spowiedzi w nowym miejscu, przygotowałam sobie wszystko na kartce, wchodzę do zakrystii, a tam… półmrok, nic nie widzę na tej kartce. Nie śmiałam poprosić o światło. Spowiednik w konfesjonale pobłogosławił i zachęcił łagodnym głosem, a ja z tego wszystkiego mówię, że byłam ostatni raz u spowiedzi 2 tysiące lat temu. Miałam na myśli oczywiście 2 tygodnie, ale tak byłam przejęta, że zapomniałam jak nazywa się ten okres czasu. Spowiednik wychylił się i powiedział, że nie wyglądam na tyle lat. Chciałam się poprawić i powiedziałam 2 lata temu, w żaden sposób nie mogłam sobie przypomnieć że tydzień to tydzień. Na koniec pośmialiśmy się z ojcem spowiednikiem. A najwięcej  śmiechu było, gdy opowiadałam o zdarzeniu siostrom.

Historia mojego powołania

19 września 2000 roku przyjechałam do klasztoru do Łodzi, aby przypatrzeć się życiu zakonnemu i rozeznać swoje powołanie w Zgromadzeniu Sióstr Świętej Rodziny z Bordeaux.  Mija 19 lat, od tamtego dnia. Myślę, że jest to dobry moment, aby przypomnieć sobie te różne dotknięcia łaski, które splatały się w cały szereg wydarzeń, okoliczności, spotkań, a które w istotny sposób wpłynęły na moje życie i powołanie. Z perspektywy czasu widzę, że jest to piękna mozaika wydarzeń, która ciągle jest układana, by w efekcie utworzyć  dzieło życia. w tym wspomnieniu pochylę się tylko nad niektórymi wydarzeniami.

Jakiś czas temu natknęłam się nad ciekawą definicją powołania ks. Marka Dziewieckiego, który twierdził, że “powołanie, to Boże marzenie o człowieku”. Pomyślałam: “Boże!!! Ty marzysz o mnie! Niesamowite!!!” Masz już plan, chcesz, abym była najpiękniejszą wersją siebie samej, pragniesz dla mnie szczęścia… Moim zadaniem jest to odkryć i sprawić, aby te dwa marzenia: moje o sobie samej, swoim życiu, i to Boże marzenie o mnie, spotkały się.

Miałam wiele marzeń, ale najbardziej fundamentalne były 3. Chciałam kochać i być kochaną, marzyłam o siostrze (bo jestem jedynaczką) i o dobrej, świętej rodzinie. Pamiętam, że opowiadałam Bogu o tych marzeniach. Nie wiem kiedy to się dokładnie zaczęło, ale moje modlitwy wieczorne stawały się coraz dłuższe. Nie był to tylko pacierz  ale, często na dworze, na huśtawce, zatapiałam się w nocne rozmowy z Panem Jezusem  jak przyjaciel z Przyjacielem. Czułam, że potrzebuję tej relacji, że pragnę ją pogłębiać. Dlatego zaczęłam chodzić na pielgrzymki piesze do Częstochowy.

Codzienna Eucharystia, modlitwy,  konferencje, wszystko to,  było  czasem kształtowania swojego systemu wartości, poznawania Boga, drugiego człowieka, pięknych spotkań, zacieśniania więzi przyjaźni i zawierzania swojego życia Maryi. Zrodziło się pragnienie czegoś więcej i myśl o zakonie, której sama się przeraziłam. Nawet umówiłam się z Panem Jezusem, że ja to może nie pójdę do zakonu, ale obiecuję modlić się o powołania z mojej parafii.

Wybrałam studia i dałam sobie czas na rozeznanie. Jeździłam na rekolekcje, dni skupienia, chodziłam na dyskoteki i prywatki. Pan obdarzył mnie przyjaciółmi, jak to mówią “do tańca i różańca”. W Warszawie  poznałam Siostry Świętej Rodziny. Kontakt z siostrami, rozmowy z niektórymi  z nich, zaowocowały pragnieniem: “Panie  ja też chcę Ciebie tak spotkać, poznać i pokochać”.  Postanowiłam przerwać studia i prosić o przyjęcie do zakonu.

Siostra Przełożona powiedziała, że decyzja rektora, będzie jej decyzją; jeżeli dostanę dziekankę, to ona mnie przyjmie. Dziekan nie zgodził się, nie chciał, żebym przerywała studia, więc decyzja siostry była podobna.  “Obraziłam” się na siostry i  w ogóle nie kontaktowałam się z nimi aż do ukończenia studiów.

Po raz kolejny potrzebowałam czasu. Trafiłam wtedy do Duszpasterstwa Akademickiego. To był okres nowych znajomości, przyjaźni, poznawania Boga w Jego Słowie. Koniec studiów, obrona, zapewniona  praca  w Warszawie i plany rodziców – mieszkanie w Warszawie. A moje marzenie?  Czy naprawdę tego chcę? Czego właściwie chcę? Przypomniało mi się biblijne: “Kogo szukasz?” Pamiętam do dziś spotkanie w lipcu z rodzicami i inżynierem, jego niekończące się pytania, czy ma być to mieszkanie z garażem czy z balkonem? Na którym piętrze? Pokazywał jakieś plany…

A u mnie w głowie była tylko jedna myśl: we wrześniu idę do zakonu. Konkretna decyzja. Nareszcie! Trudne rezygnacje, wybory większej Miłości. Zostawiłam wszytko… i poszłam. I jestem. Spełniło się marzenie, nawet  trzy:  mam siostry (nie jedną!), Świętą Rodzinę i Miłość życia! A powołanie ciągle mnie zaskakuje, zawsze pozostanie dla mnie  “darem i tajemnicą”.